Homilia prymicyjna

 Homilia -  ks. Krzysztof Bieńczak

 

Takie balkony zazwyczaj nie są ciche, ale ten był. Owszem, czasami bywał taki nieswój, ale także i on, powielekroć skrywał czyjeś tajemnice. Kiedy 30 kwietnia 2006 roku otulałem spojrzeniem nasz ogród rodzinny, skąpany niewinną zielenią leniwie budzącej się wiosny, nawet nie przypuszczałem, że słowa, które wtedy zapiszę w moim zeszycie tak dosadnie wyrażą atmosferę i klimat tych kilku dni, które już za mną.

Z tego balkonu widziałem wiele, i domy, i dachy, ale lampka w mym kościele wołała mnie. Naprawdę z tego balkonu można było zobaczyć wiele, i lasy, i pola, i całe mnóstwo dróg. Takich wyasfaltowanych, szutrowych i polnych, takich szerokich i niby wygodnych, i tych węższych kilka, i tych, tak dyskretnie ścielących się w dłoniach lasu. Widziałem wiele dróg, i patrzyłem jak inni podróżowali, jak pięknie niekiedy sunęli po gładkiej tafli asfaltu, raz lewym, raz prawym pasem, zbytnio nie łamiąc przepisów, i tak subtelnie omijając dziury, których nie brakuje w polskich drogach. Widziałem kilku piratów, co za bardzo zaufali maszynie, i szarżowali kusząc los. Widziałem kilka wypadków, i rannych kilku, i kilku tych, co zginęli zawczasu. Bo z tego miejsca widziałem wiele, piękne domy, lecz jeszcze piękniejsze elewacje, wille i pałacyki, i takie domy, które nie miały ani okien, ani dachu, ani drzwi. Widziałem też te proste domy kojące skołatane serca cichością i pokojem delikatnie buzującego domowego ogniska. Lecz lampka w mym kościele wołała mnie, więc i ja zdecydowałem, że pójdę do Jerozolimy, jak Jezus, jak apostołowie, jak 19 innych młodych chłopaków, którzy dzisiaj stają przed Kościołem Przemyskim jako neoprezbiterzy.

Tak naprawdę to każdy ma swój balkon, mniej lub bardziej cichy, z którego widział wiele, i każdy ma swoją lampkę w kościele, która go woła. Bo prawda jest taka, że my wszyscy idziemy do Jerozolimy, na Górny Syjon, do tronu Boga Najwyższego. Tylko, że nie zawsze kroczymy tą samą trasą.

Od Dnia Matki jako kapłan idę do Jerozolimy, aby ofiarowywać się Bogu. Ofiarowywać się zawsze, a zwłaszcza wtedy, gdy jestem zbyt mały, gdy nieporadnie składam moje życiowe klocki. Gdy jestem jak dziecko, jak maleńki Jezus ofiarowany w 40 dniu po narodzinach. Idę tak jak On, mając przy boku Niebieską Matkę, Jej Oblubieńca, rzeszę świętych i patronów. Ta liczba 40 to niekoniecznie określenie dni czy lat. Ta liczba to chwile i momenty naszych ofiarowań, bo przecież nie można poprzestać tylko na jednym ofiarowaniu, bo nie po to jest wzniesiona Jerozolima, i nie po to obroniona była tak wielką ofiarą.

Idę do Jerozolimy, aby oddawać cześć Bogu w Trójcy św. Jedynemu, aby modlić się w duchu i prawdzie, jak dwunastoletni Jezus. I wiem, że w tej mojej wędrówce pobłądzić mogę, a nawet zagubić się, lecz w pamięci winna zachować się ta prawda, że Jezusa znaleziono w świątyni, tam także znajdą i mnie, i ja sam siebie tam odnajdę, dziś tak łatwo jest pobłądzić.

Idę do Jerozolimy, aby nauczać i chrzcić, aby Dobrą Nowinę głosić, i miłość Ojca, Ofiarę Syna i Dar Ducha Świętego. I mimo, iż czasem wyciągną na mnie kamienie i będą chcieli rzucać, to wierzę, że przejdę obok, i nikt nie strąci mnie za szybko ze wzgórza. Idę do Jerozolimy, aby uzdrawiać rany, aby leczyć, oczyszczać z chorób, aby wskrzeszać. Aby ludzkie serce mogło normalnie uderzać.

Idę do Jerozolimy, aby złożyć ofiarę. Bo Jerozolima to także szczyt. Ten z miejscem Czaszki. Idę, aby tam ofiarować się Ojcu, raz jeszcze i jeszcze raz, i ponawiać tę ofiarę aż po krzyż, który niewątpliwie będzie. Idę do Jerozolimy, aby opartym o zimny głaz w Getsemani szeptem prosić: Ojcze nie jak ja chcę, ale Ty. Idę tam, aby zapłakać, aby spotkać moją świętą Weronikę i swojego Szymona. Idę tam, chociaż wiem, że zedrą ze mnie szaty, osądzą, ubiczują, uplotą jako taką koronę i czynić będą ze mnie klauna. Idę, chociaż wiem że będę upadał raz, dwa trzy i więcej na pewno. Idę pić ten kielich, który Jezus pił, i przyjąć chrzest, który On przyjął. Nie zależy mi na miejscach, czy po prawej czy po lewej, bo moim zadaniem jest stać się sługą i niewolnikiem wszystkich i dać życie swoje na okup za wielu. Idę do Jerozolimy, jak rzesze kapłanów przede mną. Bo jest naszą radością pełnić wolę Ojca, bo przecież uczeń nie jest nad Mistrza.

Staję dziś przed Wami jako neoprezbiter. Dziękuję dziś Bogu, że na mojej życiowej trasie postawił Rymanów Zdrój. Że tu spotkałem takich kapłanów, takie siostry, takich ludzi, taką młodzież i takie dzieci. Że tutaj mogłem nabrać mocy i odwagi do kroczenia ku kapłaństwu. Dziękuję Wam wszystkim, że byliście tu dla mnie jak rodzina, dziękuje, że jesteście dla mnie rodziną. Dziś staję przed Wami nie jako diakon, lecz jako kapłan i proszę Was o modlitwę, abym ja sam każdego dnia modlił się coraz więcej i więcej, i coraz głębiej. Módlcie się za mnie, bo te moje dłonie, mimo iż niemałe, to słabe są jednak, a dar w nich złożony tak wielki. Módlcie się za mnie, gdy samotność zacznie zżerać mi serce, i gdy wydawać mi się będzie, że to wszystko nie ma sensu. Módlcie się abym kapłaństwa nie traktował jako zawodu, bo wtedy zawiodę, módlcie się, abym nie bał się ani wtedy kiedy boleć będzie, ani wtedy kiedy trzeba będzie stanąć w obronie prawdy. Módlcie się, aby serce moje upodobniło się do Serca Jezusowego, módlcie się, bo ja idę do Jerozolimy, a dróg jest przecież tak wiele.